Naturalne kity 2019 i połowy 2020 – produkty, których nie polecam
Kosmetyki i środki czystości naturalne, które się nie sprawdziły
Wiadomo
nie od dzisiaj, że każda skóra czy włosy są inne. Dlatego mój “kit”
może być czyimś hitem i odwrotnie, nie ma reguły. Jednak czasem mam
nieprzyjemność używać produktów, które wyjątkowo negatywnie zapisały się
w mojej pamięci. Kosmetyki, których wolę unikać niż potem żałować.
Polecam post potraktować lekko, z przymrużeniem oka – ze względu na
pierwsze zdanie. Chętnie przeczytam też o waszych “kitach” w komentarzu
🙂
- Poprzedni post o podobnej tematyce: Kity 2018 roku – kosmetyki, które się sprawdziły i dlaczego
Frosch, Niemieckie środki czystości, czy są naturalne?
że marka Frosch jest szeroko znana, lubiana i polecana. Sama byłam jej
fanką przez jakiś czas, dopóki… nie okazało się, że ich produkty wcale
nie są fajne. Zaczęło się od przygody z widocznym na zdjęciu żółtym płynem do wc, który zwyczajnie barwił biały klozet (z
Waszych wiadomości prywatnych na Instagramie wiem, że nie tylko u
mnie). NIEFAJNIE! Zapach sztucznej cytryny też mnie nie zjednał, choć i
nie drażnił za mocno. Kolejny niewypał to koncentraty do płukania tkanin (miałam bawełniany i aloesowy – ten ze zdjęcia). Nie widziałam w nich NIC SZCZEGÓLNEGO – troszkę
zmiękczały, ale nie nadawały ubraniom prawie żadnego zapachu, za to są
niewydajne i w plastiku! Wolę używać wody z octem i olejkami
eterycznymi, mam dużo lepszy efekt za grosze, w 100% eko, bez
produkowania dodatkowego plastiku (ocet kupuję w szkle w Biedronce,
olejki eteryczne zawsze są w szkle, a wody używam z kranu). Jedyny
produkt ze zdjęcia, który faktycznie działa i robi dokładnie to, czego oczekuję bez negatywnych skutków to winogronowy płyn do kabin prysznicowych. W
domu mam bardzo twardą wodę, która szybko robi zacieki na szkle, a ten
środek dobrze sobie z tym radzi. Niestety skład nie jest wyjątkowy,
choćby ze względu na tanie i wszechobecne w środkach czystości czy
kosmetykach detergenty (SLES). Zawiera też prawdopodobnie syntetyczną
kompozycję zapachową (przynajmniej zapach nie wydaje się naturalny, jest
też bardzo intensywny) oraz barwnik (nie wiem po co?).
- Winogronowy płyn do kabin: Aqua,
Disodium Hydrogen Citrate (organiczny regulator pH i chelator), Tartaric
Acid (kwas winowy, powstaje z winogron), Sodium Benzoate (konserwant,
może być pochodzenia roślinnego lub syntetycznego), Malic Acid (kwas
jabłkowy), Sodium Laureth Sulfate (SLES, detergent, powstaje z SLS w
procesie oksyetylenowania, w trakcie
którego może być zanieczyszczony toksycznym dioksanem; może działać
drażniąco), Xanthan Gum (naturalny zagęstnik), Parfum (kompozycja
zapachowa), Colorant (barwnik).
- Cytrynowy balsam do mycia naczyń:
Aqua, Sodium Laureth Sulfate
(SLES, tani, mocny detergent, w kosmetykach zwykle unikam), Sodium
Chloride (tani zagęstnik, sól), Sodium Lauryl Sulfate (SLS, tani, mocny
detergent, w kosmetykach zwykle unikam), Sodium Benzoate (konserwant),
Cocamidopropyl Betaine (łagodniejszy detergent, ale w połączeniu z SLS
lub SLES może powodować przesuszenie lub podrażnienie, takiego
połączenia zwykle unikam), Sunfloweroyl Methylglucamide (detergent ze
słonecznika, jest ok), Coco-Glucoside (detergent z kokosa, jest ok),
Propylene Glycol (glikol, syntetyk), Glycerin (gliceryna, humektant,
niewiadomego pochodzenia – może być syntetyczna lub roślinna), Lactic
Acid (kwas mlekowy, regulator pH), Glycol Distearate (emolient i
emulgator), Dipropylene
Glycol (glikol, syntetyk), Amide Polyglycol Ether, Parfum, Citrus Limon
Fruit Extract,
Colorant.
- Aloesowy koncentrat do płukania tkanin:
Aqua, Dihydrogenated Palmoylethyl Hydroxyethylmonium Methosulfate &
Dipalmoylethyl Hydroxyethylmonium Methosulfate, Isopropyl Alcohol,
Parfum, Dipropylene Glycol, Lactic Acid (kwas mlekowy, jest ok), Calcium
Chloride, Aloe Barbadensis Extract (ekstrakt aloesu, ilość śladowa).
Podsumowując – z Frosh chodzi o to, że nie ma niczego super wyjątkowego w tych środkach czystości! Wystarczy porównać je do polskiej marki Klareko (opartej o prawdziwe eko rozwiązania, zapachy pochodzące z naturalnych olejków eterycznych, niektóre produkty można kupić w szkle lub papierze, choć niektóre są też i w plastiku). Dla mnie – nie licząc winogronowego środka do kabin prysznicowych – nie są nawet dobre czy skuteczne! Wszystkie w plastiku, przynajmniej nigdy nie widziałam innych opakowań. Ich hasło przewodnie pt. “Ekologiczna czystość w Twoim domu” zupełnie mnie nie przekonuje. Warto jednak wspomnieć, że marka posiada wiele certyfikatów, w tym ECOLABEL, który przyznawany jest firmom produkującym mniej odpadów i zanieczyszczeń podczas produkcji. Mniej w porównaniu do standardowej produkcji, ale nie oznacza wcale. Są też niedrogie i coraz łatwiej dostępne (nawet w marketach).
Go Cranberry, Szampon przeciwłupieżowy, który zwiększa łupież – recenzja
pachnie, bardzo dobrze się pieni, ma całkiem fajny skład. Kosztuje ok.
33 zł/200 ml. Plastikowe opakowanie. Kupiłam go chcąc poradzić sobie z niewielkim suchym łupieżem, który pojawił się po mocnym szamponie. Niestety, Go Cranberry
mało, że nie zlikwidował niewielkiego istniejącego problemu, to jeszcze
go pogłębił i przedłużył, a skóra głowy dodatkowo zaczęła swędzieć! Oczywiście
to kwestia indywidualna, komuś może pomóc, zależy od przyczyny. Tutaj
składniki aktywne są głównie ziołowe + olej chia i d-panthenol, które
mają za zadanie nawilżyć skórę głowy. Przy tylu substancjach myjących
nie ma jednak na to szans. Poradziłam sobie stosując szampon w kostce –
wystarczyła ta mała zmiana, a skóra głowy nie swędzi i nie ma innych
problemów. Żeby nie było, mój mąż także go stosował i miał dokładnie
takie same negatywne rezultaty 🙁
Aqua, Sodium Lauroyl Sarcosinate, Glycerin, Panthenol, Sodium
Caproyl/Lauroyl Lactylate*, Polyglyceryl-4
Laurate/Sebacate*, Polyglyceryl-6 Caprylate/Caprate*,
Cocodimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Wheat Protein*, Salvia
Officinalis Leaf Extract, Vaccinium Macrocarpon Fruit Extract,
Salvia Hispanica Seed Oil, Tocopheryl Acetate, Lactic Acid,
Xanthan Gum, Parfum.
Svoje, Hydrolaty, które mają moc
sprawdza się na mojej tłustej cerze. Kadzidłowca oddałam – to
oficjalnie najohydniejszy dla mnie zapach hydrolatu, którego nie mogłam
znieść (dodam, że zupełnie nie rusza mnie czystek czy lawenda).
Porzeczkowy natomiast był niesamowicie mocny – wiem, że nie tylko dla
mnie. Na szczęście zapach jest przyjemny, a aby poradzić sobie z
podrażnieniem (jest skoncentrowany!) wystarczy wymieszać go z wodą
destylowaną i jest ok 🙂
Vianek, Peeling do skóry głowy, który nie robi nic – recenzja
peelingi do skóry głowy, zdecydowanie dużo mi dały. Skóra jest lepiej
oczyszczona, mniej się przetłuszcza, udało mi się zapuścić włosy 🙂
Vianek jednak jest dla mnie nie do przejścia – sama konsystencja
uniemożliwia jego stosowanie. Kryształki cukru zostały zatopione w
tłustej mazi, która przykleja się do włosów i kompletnie nie da się jej
nałożyć na skórę głowy, żeby ją wymasować. Zmęczyłam calutkie opakowanie, uparcie próbując kilkanaście razy tego użyć. Jedyne, co uzyskałam, to tłuste włosy u nasady (trudno go domyć!)
i tyle. Można się bawić w emulgowanie mazi odżywką w celu usunięcia
tłustej warstwy z włosów, ale to nadal nie zmienia kwestii, że peeling
jest do niczego, ponieważ nie spełnia swojej najważniejszej i podstawowej funkcji – nie oczyszcza skóry głowy. Kosztuje ok. 20-27 zł/150 ml.
Vinifera Seed Oil, Sucrose, Helianthus Annus Seed Oil, Glyceryl
Stearate, Cocos Nucifera Oil, Butyrospermum Parkii Butter,
Glyceryl Laurate, Salicylic Acid, Hydroxystearic Acid,
Tocopheryl Acetate, Citrus Limonum Peel Oil, Benzyl Alcohol,
Dehydroacetic Acid, Parfum, Limonene, Citral.
Vianek, Maska do włosów ciemnych farbowanych, która się spłukuje całkowicie do zera
w temacie Vianka – maska widoczna na zdjęciu również nie przypadła mi
do gustu. Nakładanie jest przyjemne, tak samo delikatny zapach i
masełkowa konsystencja. Tylko co z tego, skoro wszystko spłukuje się całkowicie do zera? Nie nawilża, nie wygładza, nie robi nic. Kosztuje 15-25 zł, w zależności od sklepu i promocji.
Cetyl Alcohol, Vitis Vinifera Seed Oil, Glycerin, Stearic Acid,
Panthenol, Argania Spinosa Kernel Oil, Juglans Regia Leaf Extract,
Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Sodium Benzoate, Rubus
Idaeus Seed Oil, Glyceryl Laurate, Tocopheryl Acetate, Lactic
Acid, Cyamopsis Tetragonoloba Gum, Cocamidopropyl Betaine,
Coco-glucoside, Eugenia Caryophyllus Oil, Parfum.
Kosmetyki do makijażu Alverde – recenzja
wydobycia z tubki jest biały, nabiera koloru dopiero podczas
rozcierania. Całkiem ładnie dostosowuje się do karnacji, aczkolwiek na pewno nie nada się dla bladych cer, raczej średnich. Lekko wpada w pomarańczowe tony i nie ma mocnego krycia. Samo w sobie mogłoby to się sprawdzać, szczególnie fankom kremów BB – gdyby nie fakt, że każde dotknięcie skóry sprawia, że podkład się od niej odrywa płatami (przynajmniej
ja mojej tłustej cerze, nie ma znaczenia krem nałożony pod spód – przy
każdym było dokładnie tak samo). Również sposób aplikacji nic nie
zmienia – palce, pędzel czy gąbeczka – po prostu nie wolno dotykać przy
nim twarzy, nosić okularów, wycierać nosa, ponieważ narobimy sobie
dziwnych, brzydko wyglądających dziur. Nie mogłam mu ufać 🙁
z odżywką, którego na rzęsach praktycznie nie widać. Mało, że nie
wydłuża ani nie podkręca rzęs, to jeszcze praktycznie nie nadaje im
koloru. Efekt nie jest nawet dzienny! Szkoda kasy.
całkiem przyjemny, ale trudno było go wydobyć z tubki. Nie ma co liczyć
też na mocne działanie, to bardzo delikatny kosmetyk.
Charlotte Makeup, Maskara zagęszczająca – recenzja
maskara, która ma zagęszczać rzęsy i nadawać jej – odpowiednio –
czarnej lub brązowej barwy (dostępna w dwóch kolorach). W rezultacie nie
robi żadnej z tych rzeczy, za to kruszy się i osypuje, nie trzyma zupełnie rzęs, nie przyciemnia ich jakoś szczególnie nawet przy 3-4 warstwach. Ma ładne tekturowe opakowanie i to wszystko. Pomadki tej marki bardzo lubię, ale tuszom mówię NIE. Bez promocji kosztuje 45 zł.
Aloe Barbadensis Leaf Juice, Glycerin, Glyceryl Stearate,
Caprylic/Capric Triglyceride, Oleic/Linoleic/Linolenic Polyglycerides,
Cetearyl Alcohol, Sucrose Palmitate, Glyceryl Rosinate, Pullulan,
Acacia Senegal Gum, Glyceryl Caprylate, Potassium Palmitoyl Hydrolyzed
Wheat Protein, Magnesium Aluminum Silicate, Sodium Stearoyl Lactylate,
Pentylene Glycol, Xanthan Gum, Parfum (Fragrance), Lecithin, P-anisic
Acid, Magnolia Officinalis Bark Extract, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate,
Citric Acid, May Contain +/- : Ci 77499 (Iron
Oxides)
Beauty Jar – kosmetyki o dziwacznych konsystencjach
mnie maleńkimi pojemnościami na targach kosmetycznych, do tego były w
promocji. Kupiłam całkowicie w ciemno, zerkając w składy. Żaden z nich
mi się nie sprawdził, każdy wygląda na niedopracowany, czegoś mu
brakuje. Marka pochodzi z Łotwy. Ale do brzegu.
przez co nie da się go używać. Od razu zsuwa się ze skóry, więc nie
można nim wykonać masażu (poza tym jest nierówno wymieszany). Pachnie
fajnie, jakby jabłkowo, a wyglądem
przypomina dżem z kiwi (zawiera ziarenka maku). Kosztuje ok.10 zł/małe
opakowanie 100 g. Zużyłam dolewając olejku lub żelu pod prysznic.
Beauty Jar, peeling do skóry głowy Brain Storm to dziwna, oślizgła konsystencja przypominająca klejący kisiel. Nie
da się go nałożyć na skórę głowy, bo wszystko osiada na
włosach. Zawiera m.in. mocno oczyszczający SLES, sól, puder bambusowy,
proszek z łupin słodkich migdałów oraz paskudne
konserwanty, których się nie dopatrzyłam przy zakupie, a których unikam.
Lekko pachnie herbacianie. Po kontakcie z wodą pieni się, drobinki są
słabo
wyczuwalne. Kosztuje ok.10 zł/100 g. Zużyłam do ciała, ale bez
przyjemności, to bardziej żel/szampon niż peeling, a do tego nic
ciekawego.
Beauty Jar, delikatny peeling do twarzy i ust Very
Berry Spa jako tako spełnia swoje zadanie. Tłusta, masełkowa konsystencja (olej kokosowy i masło kakaowe). Zawiera sól jako ściernidło (niezbyt dużo), ekstrakty z owsa, róży i
owocu granatu (łagodzą podrażnienia, odżywiają, antyoksydanty). Pachnie owocowo. Konsystencja znów niejednorodna, ponieważ wytrąca się olej
(prawdopodobnie palmowy), źle to wygląda. Mimo to dobrze rozprowadza się na
skórze (masełko, trochę tępe w dotyku) i nieźle
zmywa wodą, pozostawiając skórę miękką, gładką i lekko natłuszczoną. Kosztuje
15 zł/120 g. Finalnie zużyłam go do ciała.
Clover Cosmetic, Naturalny węglowy peeling czyli jak wyjść brudnym spod prysznica
jest fajny: za działanie peelingujące odpowiada sól i zmielone ziarna
kawy, do tego mamy węgiel aktywny i oleje, szklane opakowanie.
Konsystencja jest półsypka, więc trzeba opanować masowanie, aby nie
spłynęło wszystko do odpływu (da się). Ładnie pachnie kawą, drobinek
masujących jest naprawdę mnóstwo i są ostre, pobudzają krążenie pod
skórą, wygładzają. Jest tylko jeden zasadniczy problem – ten peeling zostawia skórę całkowicie czarną i tłustą. Nie da się tego zmyć wodą, jak zaleca producent (brak emulgatora). Jedyne
co pomaga to dokładne mycie żelem pod prysznic i to 2-3 razy. Nie muszę
chyba wspominać jak wygląda łazienka po tym wszystkim? Cała jest do
mycia… Zużyłam, ale było to męczarnią…
Sodium chloride (naturalna sól), Coffea Robusta Seed Powder
(zmielone ziarna kawy), Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil
(olej ze słodkich migdałów), Cannabis sativa (Hemp) Seed Oil (olej
konopny) , Tocopheryl Acetate (wit. E), Activated Carbon Powder
(węgiel aktywny).
Pure by Clochee, Mgiełka do twarzy, która się pieni i podrażnia – recenzja
(m.in. hydrolat lawendowy i różany, aloes, emolienty, ale… z
właściwościami myjącymi, przez co się pieni). Przede wszystkim ta mgiełka dla mnie śmierdzi – ma nieprzyjemny, mdlący zapach, nie przypomina mi nic naturalnego, ale zapachy są kwestią gustu (mój mąż też go nie lubił). Jednak to, co najbardziej mi w niej przeszkadza to tworzenie piany! Spryskiwałam
nią czystą skórę, a potem nakładałam humektanty w formie żelu (czasem
kwas hialuronowy, czasem beta glukan, czasem aloes) i zawsze, ale to
zawsze taka mieszanka powodowała, że miałam pianę na skórze –
przeszkadzało mi to. Poza tym po kilku użyciach zaczęła mnie
podrażniać, skóra była zaczerwieniona i piekąca, wróciły moje
zaczerwienienia na policzkach 🙁 No nie dla mnie ta “łagodząca”
dobroć. Raz użyłam jej do rozmieszania sprawdzonej maseczki glinkowej –
oj, to była istna katastrofa (mocne pieczenie, skóra czerwona jak
burak). Wiem, że jest całkiem spora grupa osób, które miały podobne
przejścia z tą mgiełką. Swój egzemplarz oddałam i wiem, że obdarowana
jest jednak zadowolona. jak zawsze – wszystko zależy od cery, choć moja
nie jest alergiczna ani bardzo wrażliwa. Kosztuje 35 zł/200 ml.
Aqua, Glycerin, Lavandula Angustifolia (Lavender) Flower Water,
Aloe Barbadensis Leaf Juice, Rosa Damascena Flower Water,
Panthenol, Chamomilla Recutita Extract, Linum Usitatissimum
Seed Extract, Polyglyceryl-4 Caprate, Polyglyceryl-4
Laurate/Sebacate, Polyglyceryl-6 Caprylate/Caprate, Citric
Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum, Limonene,
Linalool.
Eos, Słynna kulka do ust i jełczenie
Czy forma kulki jest wygodniejsza niż sztyft? Nie dla mnie, ale na
pewno to coś innego i nie sprawia problemów w obsłudze – przynajmniej na
początku. Jednak fanki małych lub wąskich torebek (jak ja) nie docenią
okrągłego opakowania, które zabiera więcej miejsca niż podłużny sztyft.
To też nie problem – swój najczęściej stosowałam po prostu w domu i już
(są też wersje Eosów w sztyfcie). Niestety szybkie jełczenie,
śmierdzący zapach zepsutego oleju jest już nie do zaakceptowania i
obronienia! Nie był przeterminowany, nawet go nie zdążyłam długo używać
kiedy zwyczajnie produkt się popsuł. Kosztuje ok. 20 zł/7 g. Dodam
też, ze to według mnie bardziej balsam ochronny, nie nawilża, a jedynie
natłuszcza usta. Jest też dość twardy.
Tak
to u mnie wygląda. Tyle znalazłam kitów w przeciągu ponad półtorej roku
– moim zdaniem nie ma tego wiele, większość kosmetyków mi się jednak
sprawdziła 🙂 Znacie coś z mojej listy? A może chcecie podzielić się
swoim kitem?




