Skin79, Pore Bubble Cleansing Mask, Nowa maska w płachcie bąbelkująca
Skin79, Pore Bubble Cleansing Mask, Nowa maska w płachcie bąbelkująca
Czarne opakowanie maski łatwo się otwiera, a jednocześnie dobrze chroni zawartość choćby przed wyschnięciem czy dostępem powietrza. Z tyłu mamy etykietę po polsku oraz skład INCI.
2. Rozmasować maskę przez opakowanie, aby równomiernie rozprowadzić składniki aktywne.
Warto pamiętać o delikatnym pomasowaniu maski jeszcze przed wyjęciem jej z opakowania, aby dobrze rozprowadzić składniki. Po opuszczeniu opakowania od razu można zauważyć tworzące się bąbelki, co wygląda dość zaskakująco. Po nałożeniu maski na suchą skórę i dokładnym jej rozłożeniu wystarczy odczekać 2 minuty, aby zaczęła “się pienić”. Wygląda się w niej hmmm… interesująco. Trochę kojarzy mi się z puchatym zwierzątkiem z jakiejś produkcji dla dzieci. Naprawdę żałuję, że nie odwiedził mnie wtedy mój ulubiony listonosz – ten sam od niebieskiej glinki i czarnej, węglowej maski. Chciałabym zobaczyć jego minę 😀
Po 10 minutach wyglądałam już tak:
Bąbelkowanie nie jest tylko ciekawym dodatkiem i efektem odróżniającym maskę od innych. Zapewnia ono bowiem skórze delikatny, acz skuteczny masaż. Jest to bardzo przyjemne uczucie lekkiego łaskotania, wręcz uzależniające. W dodatku trwa przez całe 10 minut, a pewnie nawet dłużej. Po prostu ta maska cieszy, wywołuje uśmiech na mojej twarzy i to mi się podoba 🙂
Maska nie podrażniła mojej skóry, nie spowodowała szczypania czy łzawienia oczu. Po zdjęciu zostawia na skórze delikatną, śliską powłokę, którą należy zmyć. Skóra była natomiast dobrze oczyszczona, wydaje mi się też, że część zaskórników z nosa zniknęła, choć przyznaję, że miałam ich niewiele. Spodobało mi się, że twarz po jej użyciu nie błyszczała się przez kilkanaście godzin, więc pokusiłabym się o stwierdzenie, że reguluje wydzielanie sebum. I to wszystko bez nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia. Maska pozostawiła skórę gładszą, miękką, elastyczną, milszą z dotyku, nawilżoną, a pory lekko przymknięte. Najbardziej zauważalne jednak było rozjaśnienie skóry, zwłaszcza moich zaczerwienionych policzków – wreszcie kolor cery ujednolicił się jak po cienkiej warstwie podkładu. Resztki maski (pianki) domyłam płynem micelarnym, a następnie skórę stonizowałam według wskazań producenta, wtedy była już gotowa na kolejne etapy pielęgnacji np. toner czy serum.
Planuję zakup kolejnych sztuk, bo nie zamierzam się pozbawiać tak przyjemnego efektu masującego. Znacie podobnie działające mask sheety?








