Monotheme, ioECO, Regenerujący peeling do ciała z karczochem
Pamiętacie moje zachwyty nad żelem do mycia twarzy ioECo? Przypomnę, że ma świetny skład i jest baaaardzo wydajny. Nie używam go co prawda codziennie, a mam go od… marca i nadal sporo zostało w opakowaniu 🙂 Jestem nim absolutnie zauroczona! Lecąc więc na tej fali ochów i achów postanowiłam wypróbować również peeling do ciała z karczochem. Czy on też mnie tak zachwycił?
- Zobacz też: ioECO, Żel do mycia twarzy
Monotheme ioECO, Regenerujący peeling do ciała do skóry przetłuszczającej się z ekstraktem z karczocha
Kosmetyk ma świetne opakowanie, ale nie jest ono pozbawione wad. Wygląda
bardzo przyzwoicie, lubię taki minimalizm. Pod nakrętką ma plastikowe
zabezpieczenie, które niestety jest utrapieniem, ponieważ przez nie
peeling się nie dokręca, trzeba je idealnie włożyć na miejsce, bawić
się, manewrować… Mokrymi rękoma to wcale nie jest takie łatwe.
bardzo przyzwoicie, lubię taki minimalizm. Pod nakrętką ma plastikowe
zabezpieczenie, które niestety jest utrapieniem, ponieważ przez nie
peeling się nie dokręca, trzeba je idealnie włożyć na miejsce, bawić
się, manewrować… Mokrymi rękoma to wcale nie jest takie łatwe.
Peeling kupiłam w Hebe w promocji, zapłaciłam 11zł, ale jego standardowa cena to 55zł/200ml np. w Douglasie.
U góry opakowanie ma naklejkę, którą trzeba zerwać w celu przeczytania składu (podobnie robi Avon). Przyznaję, że nie lubię takiego rozwiązania, ponieważ w sklepie nie mogę sprawdzić składników, muszę więc kupić w ciemno… Tutaj zaryzykowałam.
Z tyłu można coś niecoś przeczytać o obiecanym działaniu, przeznaczeniu i czego NIE zawiera skład. To są jedyne dane, na jakich można się oprzeć przy zakupie w sklepie stacjonarnym.
Peeling wygląda ciekawie, żeby nie rzec dziwnie. Zielonobrązowa “brejka” z białymi drobinkami, dość licznymi, ale maciupeńkimi. Pachnie też dziwnie, nie mam pojęcia czym, niby naturalnie, niby “warzywnie”, ale przecież w składzie jest sztuczny zapach. Wyczuwam też lekką słodycz.
Mimo kilku zagęstników konsystencja jest lejąca i śliska, do złudzenia przypomina kisiel. Po nabraniu na dłoń wszystko spływa. Drobinki w ogóle nie są wyczuwalne i to już źle wróżyło na samym początku.
Po zmieszaniu z wodą i potarciu wytwarza niską, zwartą pianę. Moim zdaniem zupełnie wystarczającą, w końcu to nie żel do mycia. Właściwie równie dobrze mogłoby jej nie być, a w zamian za składniki odpowiedzialne za pianę można było dać więcej drobinek. Ale muszę nadmienić, że ja lubię konkretne zdzieraki, lubię czuć, że peeling coś robi.
Działanie jest znikome. Nie czuję drobinek, nie czuję usuwania martwych komórek naskórka. Skóra nie jest szczególnie wygładzona, choć na pewno jest miększa i czystsza. Denerwuje mnie, że zostawia śliską warstwę, którą trzeba długo spłukiwać.
Próbowałam używać go do twarzy, ale uzyskałam czerwoną, podrażnioną skórę i delikatne pieczenie, więc nie polecam. W dodatku mocno wysuszył skórę i ściągnął ją, konieczne więc było natychmiastowe nałożenie kremu i ukojenie. Właściwie męczę go już jakiś czas i próbuję zużyć do końca, bo nie należę do osób wyrzucających niby dobre kosmetyki.
Myślę, że peeling spodoba się fankom niezłych składów (choć temu do ideału brakuje) i niezbyt mocnego zdzierania. U mnie praktycznie nic nie robi, a cena 55 zł jest stanowczo za wysoka na takie eksperymenty. Jeśli ktoś ma ochotę na przygodę z tą firmą lepiej zacząć od ogórkowego żelu do mycia twarzy, który świetnie działa i pachnie.
Znacie? Widziałyście te kosmetyki?